„W wieku trzydziestu lat harowałem hard, ale zdecydowanie nie smart,” mówi odnoszący sukcesy producent muzyczny, menedżer i scenarzysta Jaro Slávik. Trzy operacje kręgosłupa, kontuzje oraz lata intensywnej pracy i sportu nauczyły go, że kluczem jest miłość do siebie, z którą idą w parze troska o ciało i umysł. Co dziś robi dla swojego zdrowia, czym zainspirowała go Madonna i z jakimi słabościami wciąż nie potrafi się rozstać?
Pańskie życie zawodowe z pewnością nie należy do tych, które można by nazwać spokojnymi. Co najbardziej pomaga Panu sobie z nim radzić?
Nie sądzę, żebym miał jakoś wyjątkowo niespokojne życie zawodowe. Być może na tle innych profesji jest ono trochę nietypowe – na trzech kontynentach organizuję eventy lub pomagam przedsiębiorcom, zarządzam karierami artystycznymi, a czasem zajmuję się też stand-upem. Ale prowadzę zrównoważone życie, w którym jest dużo literatury, sportu i przebywania na łonie natury.
Ale wracając do pytania: mam cztery główne zasady. Pierwsza to enso/wabi sabi. Kiedy coś nie idzie, nie forsuję tego na siłę – tak jak buddyjskie koło enso powinno być namalowane jednym pociągnięciem, tak i praca powinna mieć flow. Druga zasada to 45 minut skupienia i 15 minut odpoczynku, podczas którego wychodzę na spacer, sięgam po książkę, a czasem nawet po hantle albo skakankę. Po trzecie, deleguję jak najwięcej i ograniczam liczbę decyzji, które muszę podjąć w ciągu dnia. Po prostu staram się maksymalnie upraszczać swoje życie. A ostatnia zasada jest taka, że kładę nacisk na odpoczynek, regenerację i dobrą dietę – w tym suplementy. Jako były sportowiec wyczynowy przyjmuję różne witaminy i minerały od 28. roku życia. Organizm czasem potrzebuje więcej, niż jest w stanie otrzymać wyłącznie z pożywienia.
Kiedy wie Pan, że czeka Pana wymagający dzień i musi Pan funkcjonować na pełnych obrotach aż do wieczora, ma Pan jakiś własny „podręcznik operacyjny”?
Generalnie stawiam na równowagę. Dobry odpoczynek to podstawa, ale jednocześnie energii dodaje mi też ruch. Każdy dzień – niezależnie od tego, czy jestem w Europie, czy w Dubaju – zaczynam od spaceru albo biegu. Nie na bieżni, ale w naturze, na zewnątrz, w słońcu i na świeżym powietrzu. Staram się myśleć o nadchodzącym dniu: co mnie czeka, co chcę zrobić i wymyślić. Chcę zaczynać w trybie kreatywnym, a nie reaktywnym, dlatego rano nie odpowiadam na wiadomości ani e-maile.
Pomaga mi też post przerywany – głodna głowa jest bardziej kreatywna. Z kolei jeśli nie chcę w ciągu dnia robić nic, biorę croissanta i cappuccino. :-) Poza tym staram się zachować równowagę także w diecie – na przykład uzupełniać składniki odżywcze, których może mi brakować: kreatynę przy sporcie, AAKG ze względu na kilkukrotnie operowane plecy, a od niedawna także wszystko, co oferuje NOZONO. Tu naprawdę znalazłem coś dla siebie. Od NAD+ po magnez. Wszystko, czego wcześniej musiałem szukać i łączyć samodzielnie, teraz mam przygotowane w kompleksowych formułach.
Dzienne wsparcie NAD+, nocna regeneracja. Jedna kompleksowa rutyna longevity
Kiedy po raz pierwszy uświadomił Pan sobie, że musimy dbać o ciało i umysł, jeśli chcemy, by służyły nam jak najdłużej?
O ciało dbałem na bieżąco. Ale miałem też bardzo mroczne okresy, kiedy kompletnie mi to nie wychodziło i podupadałem zarówno psychicznie, jak i oczywiście fizycznie. Ostatni moment olśnienia przyszedł po przeprowadzce do Dubaju, tuż przed pięćdziesiątką. Zdałem sobie sprawę, że spośród wszystkich ludzi i postaci, które kiedykolwiek chciałem przedstawiać albo którymi chciałem być, ostatecznie potrafię być tylko sobą. I właśnie takiego siebie muszę nauczyć się akceptować i lubić. A to wcale nie jest łatwe. Trzeba mieć siłę, by umieć sobie wybaczyć, zaakceptować siebie, zacząć nad sobą pracować. I dopiero wtedy, gdy naprawdę zaczyna się Pan troszczyć o swoją głowę, potrafi Pan zadbać także o swoje ciało. W przeciwieństwie do różnych możliwych ról i osobowości mamy tylko jedno.
Czy ma Pan poczucie, że do podobnego przebudzenia – czyli że za swoje zdrowie w pewnym stopniu sami ponosimy odpowiedzialność – dojrzewamy również jako społeczeństwo?
Ta odpowiedzialność zawsze przede wszystkim spoczywa na nas. Po prostu o tym nie wiedzieliśmy, bo przez 40 lat funkcjonowało tu ciche porozumienie, że państwo komunistyczne się zatroszczy, a żyjący w nim ludzie nie muszą (i nie mają) niczego rozwiązywać. Poza tym nie ma nic prostszego niż picie alkoholu, niezdrowe jedzenie, binge-watching seriali, branie narkotyków… dbanie o siebie jest w naszej cywilizacji właściwie czymś nieintuicyjnym. Ale ludzie zaczynają to sobie uświadamiać. Uczą się lubić życie, nawet jeśli czasem boli.
Ale zawsze znaczenie mają też wzorce. Miałem ogromne szczęście, że mogłem pracować z Madonną. W branży rozrywkowej chyba nie ma większego pracusia i bystrzejszej głowy. Dbać o zdrowie i sięgać po suplementy zaczęła jeszcze przed trzydziestką, żeby w późniejszym wieku nie musieć cierpieć. Kiedy w 2007 roku robiliśmy jej koncert w Moskwie, spędzała godziny na siłowni, ale też dużo czytała i dbała o swoich ludzi.

W swojej karierze spotkał się Pan z ogromną liczbą marek, produktów i ludzi, którzy próbują coś sprzedać. Co dziś jeszcze potrafi Pana przekonać, że nie chodzi tylko o dobrze zrobiony marketing?
Jeden z moich nauczycieli i mentorów, legendarny Seymour Stein, menedżer muzyczny Madonny czy Ramones, zawsze mówił, że podstawą sukcesu piosenkarza jest piosenka. A jego żona, nowojorska magnatka rynku nieruchomości Linda Stein, mówiła, że podstawą opłacalnej nieruchomości jest jej lokalizacja. Ja twierdzę, że udany produkt musi być przede wszystkim wysokiej jakości. A więc jakość to absolutna podstawa. Tego nie da się udawać.
Drugim aspektem jest zaufanie. Jasne jest, że nie każdy wysokiej jakości produkt przebije się wśród konkurencji. Ale równie jasne jest, że każdy słabej jakości produkt prędzej czy później zawiedzie. Z tym idą w parze ludzie działający za kulisami, ludzie stojący za produktem, jego twórcy. Jeśli potrafią jasno komunikować, do czego ten produkt służy, dla kogo jest i jakie ma korzyści, łatwiej zdobywają moje zaufanie.
Co musiał Pan sprawdzić, zanim zgodził się Pan zostać ambasadorem NOZONO?
Uważam się za nowoczesnego człowieka, stale śledzę, o czym się mówi, więc nie umknął mi też trend longevity. Niedawno skończyłem też pięćdziesiąt lat, więc potrzebowałem zacząć suplementację w sposób bardziej kompleksowy i wyrafinowany. Ważną rolę odegrał jednak również mój lokalny patriotyzm i ludzie stojący za marką NOZONO.
Miałem oferty od zagranicznych firm, w przeszłości przez dłuższy czas współpracowałem z marką kanadyjsko-szwajcarską, ale jak mówię, przekonało mnie przede wszystkim połączenie kompleksowego produktu na światowym poziomie, twórców NOZONO i faktu, że to rodzima marka. I przede wszystkim to działa. Już po kilku tygodniach poprawiła mi się regeneracja, a mój wynik snu według smartwatcha przekracza 90 procent. Dlatego mogę polecać to dalej z czystym sumieniem.

Czy robi dziś Pan dla zdrowia coś, co w wieku trzydziestu lat uważał Pan za zbędne, a teraz nie wyobraża sobie Pan bez tego życia?
W wieku trzydziestu lat zarządzałem 17 krajami. Do tego byłem młodym ojcem i wciąż grałem w koszykówkę. Trenowałem dwa razy dziennie, a czasem nawet trzy razy. Harowałem hard i zupełnie nie smart.
Dziś znacznie większy nacisk kładę na regenerację i mindfulness. Zastanawiam się nad tym, co robię i co jem. Nie zjem już frytek ani bagietki o drugiej w nocy. Właściwie o drugiej w nocy zazwyczaj śpię (o ile akurat nie lecę samolotem albo nie jadę nocnym pociągiem). Nadal trenuję dwa razy dziennie, ale mądrze – rano bieg albo rower, a wieczorem hantle. Tyle że interwałowo i intensywnie. Żadnych długich godzin ani ogromnych ciężarów. Wierzę, że pomaga mi także wieloletnia suplementacja i że moja rutyna oraz przemyślany sposób odżywiania pozwolą mi pozostać tak aktywnym przynajmniej do 70. roku życia.
Czy ma Pan z kolei jakiś nawyk, o którym wie Pan, że nie do końca Panu służy, ale jak dotąd nie potrafił się Pan go pozbyć albo właściwie nawet nie chciał?
Nie lubię o nich mówić, ale niestety wciąż jest ich sporo. Nadal potrafię naprawdę popłynąć z jedzeniem. Na szczęście rzuciłem palenie. Z alkoholem też już się nie przyjaźnimy, a z innymi substancjami tym bardziej. Przeszedłem długą drogę, ale wciąż nie jestem jeszcze człowiekiem, którym staram się być.
Poza dużym zaangażowaniem w pracę aktywnie uprawia Pan też sport. Czego nauczył się Pan o regeneracji w ten nieprzyjemny sposób – czyli wtedy, gdy kiedyś Pan przesadził?
Nie musi Pan słuchać swojego ciała – może się Pan przetrenować, może Pan iść przez ból. Ale wtedy nie może się Pan dziwić, że ciało na to reaguje. Mnie kosztowało to trzy operacje kręgosłupa, zniszczoną kostkę i złamaną stopę pod koniec kariery.
Dlatego dziś podchodzę do swojego ciała jak do domu, w którym mieszkam i w którym chcę mieszkać jak najdłużej. Słucham więc, gdy coś gdzieś nie domyka się, nie działa albo wymaga naprawy. I uszczelniam oraz naprawiam…

Często mówi się przede wszystkim o tym, co tracimy z wiekiem – energię, szybkość, odporność. Co Pana zdaniem człowiek zyskuje i co warto z wdzięcznością dostrzegać?
Dystans i rozwagę. A także poczucie humoru, żeby umieć poradzić sobie z własnym upadkiem. Najlepiej jednak również rozum i zdolność myślenia o tym, jak mu zapobiec.
Osobiście jednak nie odczuwam żadnej z wymienionych strat. Przygotowywałem się do pięćdziesiątki i teraz przygotowuję się dalej.
Co pomaga Panu podchodzić do upływających lat z dystansem?
Nie uświadamiam ich sobie. Nie dopuszczam do siebie starzenia się. Po prostu staram się żyć tak, by jak najdłużej być pełnym energii, i wierzę, że tak właśnie będzie.
Jaro Slávik jest słowackim producentem, scenarzystą i menedżerem artystycznym z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem w show-biznesie. Współpracował z wieloma wybitnymi postaciami światowej popkultury i działał na arenie międzynarodowej. Jest znany także jako juror talent show.
Dziś mieszka w Dubaju, aktywnie uprawia sport i interesuje się zdrowiem oraz długowiecznością.



Udostępnij:
Przewodnik po (zdrowym) starzeniu się: Co dzieje się z ciałem i jak spowolnić starzenie?